„Nie można oddzielić się
od przeszłości.
Zawsze coś przypomni
o dawno zapomnianych chwilach.”
•••
Zamówiła alkohol.
Taka była jej najważniejsza potrzeba. Chciała jak najszybciej upić się i
zapomnieć. Taki był jej sposób, na chwilowe uśnieżenie bólu psychicznego.
Najważniejsze teraz było to, aby chociaż na pięć minut nie odczuwać tego
uczucia, które jej towarzyszyło… Tego, z którym nie potrafiła sobie inaczej
poradzić. Tego, który przysparzał największy ból. Parzyła, nawet nie mrugając,
na trunek, który leżał na ladzie baru przed nią. Pragnęła tego. Podparła ręką
głowę. Obiecała sobie przecież, że zmieni swoje życie… Jak potem spojrzy
sobie w twarz przed lustrem, kiedy nie dotrzyma danej obietnicy? Obietnicy,
którą złożyła samej sobie. Takie obietnice są najgorsze. Zawsze wracają w
najmniej oczekiwanym momencie, wywołując niechęć do samego siebie i poczucia
zrezygnowania. Wewnątrz dziewczyny wrzało. Wstała na równe nogi i z
zaciśniętymi zębami, wylała alkohol do doniczki, która stała niedaleko niej.
Barmani patrzyli na nią nie wiedząc, co sobie myśleć. A dziewczyna stała i
wpatrywała się w kwiatka, do którego przed momentem wylała zawartość kieliszka. Co czuła Vanessa? Cieszyła się. Pokonała nałóg. Chociaż to może jeszcze za duże słowa, ale przełamała się. Sama. To jak się czuła, nie są w stanie oddać żadne ludzkie słowa. Uśmiechnęła się mimowolnie, oglądając szklane naczyńko. Po chwili, wybiegła z lokalu. Chciała wykrzyczeć całemu światu, że się zmieniła; że pokonała największą pokusę, która ją doręczyła- alkohol. Była tak dumna z siebie. Czuła się pewnie do tego stopnia, że chciała pozamykać wszystkie rozdziały z „tamtego życia”, kiedy nie była kompletnie sobą, by móc bez zarzutów zacząć stąpać twardo po ziemi. Na początku, musiała wyjaśnić całą sprawę z rodzicami. To oni cierpieli tutaj najbardziej i doskonale to wiedziała. Wpadła do domu, trzaskając drzwiami. Zobaczyła rodziców w salonie i nawet nie ściągając przemoczonej kurtki, wpadła w ramiona matki. Kobieta, nie wiedziała co myśleć. Czyżby coś znów mogło się stać? Przeraziła się. Zadawała sobie ciągle pytanie, dlaczego te wszystkie przeciwności losu musiały spotykać akurat jej córkę. Jednak czuła się tak wspaniale w mocnym uścisku z córką. Poczuła, jakby ją i Vanessę, połączyła dawno zapomniana więź
-Przepraszam was…- powiedziała Vanessa, nadal znajdując się w objęciu matki.- Obiecuję, że już nie będę powodem waszych kłopotów. Przepraszam…- teraz przytuliła mocno swego ojca.- Obiecuję…- szepnęła. Rodzice, od razu rozpoznali swoją córkę. Tę malutką Vanessę, która była niezwykle czuła na wszelkie zło. Sama- nigdy nie sprawiała, a nawet nie myślała o tym, aby sprawiać kłopoty rodzicom, ale rozumieli, że każdy czasem może zboczyć z właściwiej drogi. Nawet na jakiś czas. Jednakże, najważniejsze było to, że Vanessa wróciła na właściwą ścieżkę. I to sama…
-Jakieś propozycje co można zrobić ma obiad?- zapytała mama, pełna dumy ze swojej córki. To wymagało samodyscypliny, zdecydowania i dobrych chęci, z czego kobieta doskonale zdawała sobie sprawę.
-Żadnych?- zapytała mama Van, widząc, że żaden ze zgromadzonych nie ma żadnych pomysłów, co można by było ugotować na obiad.- Wykombinuję coś na miejscu.- rzuciła i wyszła z pokoju.
-Zaraz przyjdę ci pomóc!- krzyknęła Vanessa, gdy jej matka znajdowała się już na korytarzu. Wyszła z pokoju i jej wzrok padł od razu na uchylone drzwi do pokoju muzycznego. Doskonale widziała fortepian, skrzypce, pełno nut, które były nawet na podłodze. Rozejrzała się wokoło i nie mogąc powstrzymać pokusy, weszła do pomieszczenia. Zawsze panowała tam taka wyjątkowa atmosfera, którą pamiętała od czasu kiedy była jeszcze małą dziewczynką i tata uczył ją grać. W powietrzu unosił się zapach starych kartek do nut. Zamknęła oczy i zaciągała się tym zapachem. Usiadła przy fortepianie. Czuła kołatanie serca. Nie mogła uwierzyć, że to za czym tak tęskniła, jest teraz na wyciągnięcie ręki. A właściwie zawsze było, tylko nie miała serca zaczynać czegoś, z czym i tak musiałaby się pożegnać. Położyła swe cienkie palce na klawiszach. Delikatnie dotknęła każdego z klawiszy fortepianu. Ta chwila mogła trwać. Nie wiedziała jednak, że dokładnie obserwuje ją jej ojciec, który śledził z mistrzowską precyzją każdy ruch swej córki. Zawsze uważał, że Vanessa popełnia błąd, odchodząc od muzyki, mimo, że wiedział, jak trudno jest się przebić w tej branży. Dziewczyna zaczęła grać, jednak nie potrafiła okiełznać instrumentu, co jakże bardzo ją zabolało. Kiedyś, nawet przez sen, mogłaby zagrać to, co teraz sprawiało jej kłopoty.
-To jeszcze raz…- powiedziała sama do siebie pod nosem i ponownie zaczęła grać, tylko z tą różnicą, że teraz postanowiła również śpiewać. Efekt? Ani gra, ani nawet śpiew, nie wychodziło jej. Co się z nią stało? Kiedyś z zamkniętymi oczami, mogłaby zagrać i zaśpiewać to bez problemu, a teraz? Nie mogła się pogodzić z tym, co odkryła. W jej oczach zgromadziły się łzy. Już nie potrafiła grać… Talent uleciał z niej, jak powietrze ulatuje z dziurawego balonika. Uderzyła nerwowo pięścią o klawisze, po czym ukryła twarz w dłoniach. Uroniła kilka łez. To bolało bardziej, niż bolała by niezdana aplikacja prawnicza.
-Spokojnie, Van…- ojciec postanowił wkroczyć do akcji. Nie mógł patrzeć, jak jego córka się męczy.
-Nic mi nie wychodzi!- wydukała.- Pewnie teraz jesteś mną zawiedziony…
-Co?- wykrztusił zaskoczony.- Jestem z ciebie dumny, jak żaden inny ojciec na tej planecie…- ujął brodę córki w dłonie, by zmusić ją do patrzenia mu prosto w oczy.- Poradziłaś sobie na tak trudnych studiach, jakim są prawo. Na dodatek, chociażby dziś udowodniłaś, jaką jesteś mocną, silną i pewną siebie kobietą.- spojrzała na niego smutno- Tak. Kobietą…- powtórzył.- Bo tutaj trzeba zauważyć, że nie jesteś już moją małą Van. Jednak, zawsze będziesz dla mnie najważniejsza na świecie, córeczko.
-Dziękuję , tato…- powiedziała, wtulając się w mężczyznę i niezdarnie ocierając swe łzy rękawem, lecz tym razem, były to łzy wzruszenia.
-To teraz zacznijmy od początku.- zaczął ojciec, kładąc córce rękę na ramię i zaczynając grać. Niedługo było trzeba czekać, by do grania przyłączyła się także Vanessa i takim cudem, w domu rodziny Sauer, rozległy się dźwięki słodkiej, fortepianowej muzyki.
-Ekhem…- odchrząknęła matka Vanessy, widząc to, że jej córka i mąż, wolą grać niż przyjść na obiad.
-Przepraszam, mamo.- pierwsza od fortepianu odciągnęła się Van.- Wciągaliśmy się.
-Tak, to racja.- potwierdził ojciec dziewczyny. Już razem cała trójka miała udać się do jadalni, by spożyć w spokoju i w rodzinnej atmosferze posiłek, kiedy rozległ się dźwięk dzwoniącego telefonu Van. Dziewczyna odebrała szybko i zwinnie.
-Hej, Ann. Co jest?- zapytała szybko, wolnym krokiem zbliżając się do jadalni.
-Możesz przyjechać?- usłyszała po drugiej stronie słuchawki szloch i łamiący się głos swojej przyjaciółki. W ciągu ułamku sekundy, ciśnienie podniosło jej się. Nic nie mówiąc rodzicom, wybiegła nerwowo z domu i w ułamku minuty znajdowała się już w drodze do swojej przyjaciółki. Będąc na miejscu, wpadła do domu Ann, nawet nie pukając. Zastała smutny widok. Ann, siedziała na kanapie, gorzko płacząc. Czyżby kolejny mężczyzna zranił niewinne, kobiece serce?
Podeszła
bliżej swej przyjaciółki. Nerwowo oglądała się wokół siebie czy nie ma w domu
przypadkiem Gregora. Jego nieobecność sprawiła, że miała pewność, iż jej obawy
spełniły się. A przynajmniej tak myślała… Zbliżyła się jeszcze bliżej do -ciągle
płaczącej- Ann. Usiadła obok niej, delikatnie objęła dziewczynę ramieniem. Nie
wiedziała, co ma powiedzieć. Nie chciała nikomu doradzać niczego, co jest
związane z kłopotami sercowymi. Sama nie potrafiła sobie z nimi radzić… Chciała
być teraz ze swoją przyjaciółką, by miała poczucie, iż nie jest sama. Że ma na
kogo liczyć. By nie popełniła tych błędów, co ona sama. Tak bardzo chciała ją
od nich uchronić… Poświęciłaby nawet własne życie, aby tylko Ann nie zrobiła
tego samego, co w przeszłości robiła ona.
-Van…- zaczęła
blondynka, ciągle tak szlochając, że Vanessa ledwo co ją zrozumiała.- Stało się
coś…
-Ciii…- próbowała
ją jakoś uspokoić.- Damy sobie jakoś radę…- mówiła, będąca pewną swych
podejrzeń i nie dopuszczając do siebie żadnej innej myśli.
-Vanessa, ja jestem
w ciąży!- wybuchła a wraz z nią kolejna fala płaczu. Van, wyprostowała się. Nie
wierzyła, że jej przyjaciółka będzie matką. To takie wspaniałe. Mimowolnie
uśmiechnęła się krzywo. Dlaczego Ann płakała? Vanessa, kompletnie nie potrafiła
zrozumieć postępowania dziewczyny. To taka wesoła nowina! Nie należy płakać-
taki właśnie był tok myślenia Vanessy. Ona cieszyła się bardziej z tej nowiny,
niż Ann. Dziwne?
-To dlaczego
płaczesz?!- powiedziała z entuzjazmem, promiennie się uśmiechając.- Tutaj
trzeba się cieszyć!- posłała przyjaciółce promienny i szeroki uśmiech.
-Ale Gregor… Ja
nie wiem, jak on to przyjmie… Jest za wcześnie… To nie czas na to…- próbowała
jakoś ubrać swe uczucia w składną całość, ale w takiej sytuacji nie dało się.
To było dla Ann koniec czegoś. Czegoś pięknego. Czegoś, co już nigdy nie wróci…
Była pewna, że Gregor nie będzie chciał tego dziecka; że może źle to wszystko
odczytać. Mało razy zdarzało się, że dziewczyny brały chłopaka na dziecko? Nie.
W niektórych przypadkach to normalne. A Ann nie chciała taka być. Nigdy nawet o
czymś takim nie myślała. Straszliwie obawiała się reakcji Gregora, nie wiedząc
nawet dlaczego. Przecież do dziecka, i on i ona, przyczynili się tak samo, a
maleństwo nigdy nie jest niczemu winne.
-Posłuchaj…-
zaczęła poważnie Van. Miała zamiar wszystko wytłumaczyć przyjaciółce w taki
sposób, żeby zaczęła cieszyć się z tego, że za kilka miesięcy jej dziecko
przyjdzie na świat. Musiała ściągnąć z jej oczu te klapki.- Gregor cię kocha.
Kocha tak, że patrząc na was, chciałabym żeby mnie ktokolwiek i kiedykolwiek
tak pokochał. Dam sobie rękę uciąć, że ucieszy się w tej nowiny tak, jak cieszę
się ja. Baaa! Nawet jeszcze bardziej!- teatralnie przewróciła oczami.
-Nie wiem, czy
będę potrafiła mu to powiedzieć…- powiedziała już nieco spokojniej, wycierając
załzawione oczy.
-Trzeba znaleźć
tylko odpowiedni moment. Co powiesz po zawodach w Klingenthal?- zaproponowała.
-Przecież to już
za dwa dni…- ciągnęła zrezygnowanie Ann.
-A kiedy chcesz mu
powiedzieć? Jak zaczniesz rodzić?- zirytowała się Vanessa.- Pojedziemy na
zawody, oczywiście ja wszystko załatwię, a przy okazji się trochę odprężymy i
pobędziemy razem. To przecież nie jest tak daleko.
-No w sumie…-
poddała się.- Może być.- przystała na propozycję przyjaciółki.
Ucieszyła się.
Vanessa strasznie się ucieszyła. Czuła, że teraz może normalnie funkcjonować. Z
wielką determinacją zorganizowała cały wyjazd. Jej radość nie miała granic, w
przeciwieństwie Ann. Owszem, cieszyła się, że pobędzie trochę ze swoją
przyjaciółką, ale nadal nie pojmowała dlaczego to ją spotkało. Traktowała
dziecko w jej łonie, jak obcego. Wyrażała się o nim z obrzydzeniem, co
denerwowało Vanessę. Ile ona by oddała, żeby znaleźć się w takim położeniu jak
jej przyjaciółka… Ann miała przecież
kochającego mężczyznę przy swoim boku, który świata poza nią nie widział… Przyznała
sama przed sobą, że była zazdrosna a gdy Gregor się dowie, że niebawem będzie
ojcem, na pewno oświadczy się dziewczynie. Właśnie z takiego założenia wychodziła
dziewczyna.
-Van, ja mu tego nie powiem…-
jąknęła.- Może by tak…
-Nie! Nawet o tym
nie myśl!- nakrzyczała na nią Van, kiedy domyśliła się, że Ann chodzi o
aborcję. Byłaby gotowa sama sprawować opiekę nad dzieckiem jej przyjaciółki,
gdyby ta naprawdę postanowiła go odrzucić. Jednak zacznijmy od tego, że nie
dałaby nawet przyjaciółce o czymś takim nawet myśleć. Znajdowały się właśnie na
trybunach konkursu Pucharu Świata w skokach narciarskich. Kończyła się pierwsza
seria. Skoczkowie, przechodząc obok kibiców rozdawali autografy ze zdjęciami,
jak zawsze. Vanessa, zgromadziła wiele, wiele autografów, nawet swoich przyjaciół,
ponieważ znała sporą ilość skoczków. Często jeździła z Thomasem na zawody, a
ten zadbał już o to, aby dziewczyna wszystkich dokładnie poznała. A jak miała
się zachować, kiedy obok niej przejdzie Thomas? Nie wiedziała. Cokolwiek nie
zrobi, będzie jej niezręcznie, ale jak miało być inaczej? Nikt nie wiedział, co
kryje się w jej sercu, ale nie ulegnie. Zachowa swą godność. Nie będzie płakać,
czy spoglądać na niego smutnym, błagającym wzrokiem. Zobaczyła go w końcu.
Nagle zwątpiła we wszystko. Nawet w samą siebie. Bała się, że nie da rady.
Chłopak zbliżał się coraz bardziej. Zamknęła na chwilę oczy, odliczyła do
pięciu i zdecydowanie je otworzyła, tak jakby na nowo się odrodziła. Thomas był
obok niej. Podobnie jak jego koledzy, rozdawał zdjęcia z autografami. W pewnym
momencie zobaczyła, że ręka chłopaka, która trzyma zdjęcie, jest podstawiona
pod jej nos. Niezdecydowanie wzięła kartkę. Wtedy ich oczy się spotkały.
Vanessa, patrzyła na Morgiego wzrokiem „Co to ma być?”, a chłopak pragnął
schować się pod ziemię. Nie zwrócił uwagi, że tutaj jest właśnie Van. Przecież
nigdy w życiu nie dałby jej swojego autografu. Nie chciał zachowywać się wobec
niej, jak rozkapryszona gwiazdka. Zatrzymał się i patrzył jej głęboko w oczy,
przepraszającym wzrokiem. Natomiast Van, cała ta sytuacja, tylko rozdrażniła.
Obudziła się w niej lwica, która od dawna w niej spała. Nieprzerwanie patrząc w
niebieskie tęczówki chłopaka, jednym zdecydowanym ruchem podarła autograf i
rzuciła go w teatralnym geście na ziemię. Nadal patrzyła w jego oczy. On- zdał
sobie sprawę, jak bardzo Van go nienawidzi… Nie myślał, że jest aż tak źle. W
głębi duszy, miał nadzieję, że kiedyś, kiedyś, kiedyś będą w stanie ze sobą
normalnie rozmawiać. Zawsze tak dobrze im się ze sobą rozmawiało… Natomiast
Van, po raz kolejny, była dumna z siebie. Miała jednak świadomość, że niedługo
odezwie się jej chore sumienie i nieludzkie wyrzuty sumienia, które będą
sprawiały, iż dziewczyną szargać będą jedynie sprzeczności. Teraz i nad tym
musiała popracować.
Konkurs dobiegł końca. Zawody wygrał
Gregor, co jaką radość sprawiło Ann. Płakała ze szczęścia. Zawsze reagowała tak
na zwycięstwa swego partnera. Strasznie emocjonalnie podchodziła do
wszystkiego, ale to sprawiało, że Gregor kochał ją jeszcze bardziej. Był,
będzie i jest nadal przekonany, że to dzięki Van i Thomasowi się poznali, za co
będzie im zawsze, do końca życia wdzięczny, mimo, że jakoś specjalnie tego nie
okazywał. Takie rzeczy się czuje i już. A Ann? Ona, również kochała go z całego
serca. Zazdrościła przez jakiś czas przyjaciółce, że ma takiego Thomasa, który
ją kocha, jest z nią mimo wszystko, zawsze i wszędzie, ale kiedy poznała
Gregora, zaczęła jej współczuć, że nie ma przy sobie takiego Gregora, którego
ma ona. Kiedy dowiedziała się o ciąży, szczerze sama przed sobą przyznała, że
nie chce tego dziecka, ale wierzyła, że Gregor przyjmie tą wiadomość dobrze;
lepiej niż ona.
-Idę…- szepnęła na
ucho Ann swej przyjaciółce. Czuła się jakby szła na pożarcie lwów.
-Idź!- uścisnęła
ją i posłała uśmiech od ucha do ucha.- Widzimy się w hotelu. Trzymam kciuki!
I Vanessa została
sama. Sama, pośród tłumu nieznanych jej ludzi. Jej zmora już ją dopadła.
Wyrzuty sumienia i głos sumienia, że nie powinna tak postąpić. Dlaczego nie
odzywali się kiedy tak upijała się podczas pobytu w Niemczech? Ale nie… Nie ma
sensu do tego powracać. To już było oddzielone grubą kreską. Nie może oglądać
się już w tył. Spacerowała jeszcze potem długi czas po ulicach. Było już późno,
ulice były opustoszałe. Wsłuchiwała się w głuchą ciszę Klingenthal. Dużo
myślała. Stawiała sobie pytanie: „Co dalej?”. Właśnie. Dobre pytanie…
-Kocham cię!-
usłyszała. Znała doskonale ten głos i wypowiadane słowa przez właściciela. Tak
wiele razy to słyszała, tak doskonale znała właściciela owego głosu. Przez
chwilę pomyślała, że te słowa skierowane są właśnie do jej osoby. Obróciła się
na pięcie, a jej usta właściwie same wykrzywiły się w uśmiech. Na wprost siebie
zobaczyła Thomasa i Caroline, trzymających się za rękę i złączonych w namiętnym
pocałunku. Stała i wpatrywała się w parę, a oni widocznie nie zauważyli jej
obecności, gdyż nawet im się nie śniło przerwać swych czułości. Stała jak słup
soli, obserwując dokładnie parę przed
sobą. Chciała odwrócić wzrok, ale nie potrafiła. Nawet ani razu nie mrugnęła. Poczuła bolesne kłucie w sercu. Mimo, że już
pogodziła się z losem, nadal bolało. Nie wyobrażała sobie, że ktoś może dotykać
jej Thomasa. Właściwie już nie „jej”. Przestał nim być już dawno, ale mimo, że
była tego w pełni świadoma, bolało. Tak
cholernie bolało… Widok Thomasa w objęciach innej, był kiedyś jej najgorszym
koszmarem. W końcu Morgi i Caroline, oderwali się od siebie. Thomas i Van
patrzyli sobie chwilę głęboko w oczy. Dziewczyna miała ochotę uronić kilka łez,
ale nie teraz. Nie przy nim. Na to nie mogła sobie pozwolić. Zachowa resztki godności
i honoru, o które tak ciężko musiała walczyć.
-To ta twoja
była?- zapytała Caroline, widząc jak chłopak i szatynka przed nią, stoją i
wpatrują się w siebie, nic nie mówiąc. W ich spojrzeniach zobaczyła coś
niezwykłego… Innego… Dziwnego…
-Grzeczniej, proszę!-
odgryzła się Van, wyrywając się z transu, w którym trwała przed momentem z
Morgim.
-Znalazła się!-
zaśmiała jej się prosto w twarz.
-Dziewczyny
przestańcie!- zabrał głos Thomas.- Cari, chodźmy…- chwycił dziewczynę za rękę i
próbował odciągnąć, lecz ta się nie dała i z premedytacją na oczach Van,
jeszcze raz pocałowała namiętnie blondyna. Nawet jeszcze bardziej drapieżnie
niż niedawno.
-Widzisz? Tak się
to robi!- zabrała głos ponownie.- Jesteś żałosna, nie dziwię się, że cię
rzucił.
-Zamknij się
wreszcie!- krzyknęła na całe gardło Vanessa, która próbowała przełknąć jakoś
gorzkie łzy.- Chłopaki zawsze wybierają puste lalunie!- odgryzła się.- Ale
zobaczysz…- zrobiła krótką przerwę, by złapać wystarczającą ilość powietrza,
aby jej głos się nie łamał.- I wspomnisz moje słowa, Thomas.- tym razem
zwróciła się do zakłopotanego blondyna, któremu w oczach widniało przerażenie.-
Nigdy w życiu nie będziesz z nią szczęśliwy. Ona nie jest typem, który jest
stały w uczuciach i potrafi się ustabilizować. Teraz może ci się to podobać,
ale potem zobaczysz, że będziesz miał dosyć.
-Świetne!- cała
trójka usłyszała nieznajomy głos męski, który nie należał do żadnego z nich.
Wtedy zza rogu wyłonił się mężczyzna z aparatem. Szybko domyślili się, kim może
być ów nieznajomy. Rządny sensacji paparazzi. Zaczął uciekać. Thomas rzucił się
w pościg za nieznajomym. Vanessa i Caroline stały osłupiałe. Wiedziały co to
znaczy dla nich w praktyce. Jak teraz miało wyglądać ich życie? To będzie
koszmar…. Powoli niszczący ich, koszmar…
__________________
No to proszę. ;*
Siódemka specjalnie dla Andżeliki
Kowalczyk
Mam nadzieję, że Cię nie
zawiodłam. ;*
Czytasz? Komentuj! :D
Buziaki, kochane. ;*
Zawiodłaś ? Jak w ogóle mogłaś tak pomyśleć ! No jak !
OdpowiedzUsuńPowiedz!
To opowiadanie jest zdecydowanie moim ulubionym i nie chodzi tu o dedykację za którą oczywiście dziękuje , a o treść:D!
Zakochana!
Tak dużo Ann w tym odcinku to przypadek ? hm..:D
--------------------
Zacznę od początku!
Vanessa i jej wygrana z pokusą w barze? Jestem taka dumna.
Rodzice dziewczyny , nareszcie rozumieją swoją córeczkę. To takie budujące!
Ann i Gregor♥ Myślałam , ze ją zostawił , ale jakież było moje zdziwienie na wieść o ciąży. ... szczerze wolałabym , żeby się nie ucieszył:D Vann wesprze przyjaciółkę , więc bez tymczasowego wsparcia szatyna obie sobie pomogą.
Na koniec zostawiłam tego pawiana i jego LAMĘ!
Ostatnio były godziny , przed ostatnio minuty a dziś?!
Sekundy!
Dzielą Cię sekundy mój drogi od pięknego dna stawy , który już upatrzyłam! ... a Lamę utopię w innym , żeby było dramatycznie!
-------------------------
Dziękuje Ci! Bardzo dziękuje za radość i emocje , które tworzysz gdy czytam kolejne rozdziały!
Najlepsza!
Ann.
Szkoda, że Van dała się jej sprowokować :( Powinna się uśmiechnąć z pogardą i po prostu odejść. Mimo, że serce krwawi.
OdpowiedzUsuńAnn, ciąża, Gregor? Hmn... I tej jej stosunek do dziecka, którego najwyraźniej nie chce... Coś mi tam nie pasuje. I szczerze powiedziawszy wyczuwam tam zgrzyt :D
Rozdział świetny! Jak zawsze :P
Buziaki kochana :*
Jestem z niej dumna pokonała swoje uzależnienie , pogodziła się z rodzicami . Ciąża Ann i jej strach przed powiedzeniem tego Gregorowi i wściekła Vann , która myslała że ją rzucił . Podobały mi się słowa Vann do tej dziewczyny Thomasa , tylko ten facet . Cudny rozdział ,czekam na więcej .
OdpowiedzUsuńKobito skąd ty bierzesz wenę ?! Ja się pytam ?! :D
OdpowiedzUsuńNoo , moja dzielna i mała Van ! Zwyciężyłaś i pokonałaś chęć na alkohol <3 Podarłaś autograf Thomasa - i dobrze. Nie miej wyrzutów sumienia kochanie <3 ( nie jestem wredna ) :D
Caroline ty wredno ... babo grrr :p
Czekam na następny ^^
Buziaki :***
oooo matko cudowny ten rozdział!!!!
OdpowiedzUsuńJestem bardzo usatysfakcjonowana postawą Van, która przezwyciężyła słabość do alkoholu. A ta Caroline jest okropna! Świnia z niej (przepraszam)
Czekam na kolejny. Zapraszam jeszcze dziś na dziewiątkę:
chce-byc-przy-tobie.blogspot.com
Pozdrawiam :*
Nie no, rozdział meeeeega! Jestem bardzo dumna z Vann, że postawiła się nałogowi jakim w jej wypadku był/jest alkohol. Mam nadzieję, że wytrzyma całą tę sytuację z Thomasem. A co do Ann i Gregora. Szczerze? Mam mieszane uczucia, naprawdę, bo nie wiem co można się po nim spodziewać i mam nadzieję, że nie wydarzy się nic głupiego. Czekam z niecierpliwością na następny i pozdrawiam. :*
OdpowiedzUsuńJEZUUUUUUUUUUU KOCHAM TO OPOWIADANIE!
OdpowiedzUsuńchcę już nowy rozdział. :(
buziaki,
phoebe z http://dangerousfeelings-fanfiction.blogspot.com/
Grrrr chętnie wydłubałabym oczy tej Cari ...
OdpowiedzUsuńGregor będzie tatusiem jejku, jejku, jejku <333
Takie to cudowne i przepiękne *-*
Kocham to bardzo <3
Czekam z niecierpliwością na kolejny
Buziaki ;**
To opowiadanie jest niesamowite. :)
OdpowiedzUsuńPewnie dlatego, że Van wydaje mi się być
strasznie bliska.
Nie potrafię tego wytłumaczyć, jednak tak jest.
I nie jestem uzależniona od alkoholu. :D
Jak mnie już coś wciągnęło to będę czytać i czytać do końca. :)
Czekam na kolejny odcinek i zapraszam do mnie:
http://love-austria.blogspot.com/
Panna Cukrecja :)
Szablon?;D! Weszłam , jak zawsze w oczekiwaniu na rozdział a tu takie zaskoczenie!
OdpowiedzUsuńCudny!;D♥